niedziela, 4 grudnia 2011

Zwątpienie

Zawsze myślałem, że szczęście to naprawdę nie realna sprawa!
Zawsze  powiązana nicią uzależnień, intryg, zastanowień czy to ma sens czy nie i co mi to da?
Ja właściwie nie chcę nic tylko inne istoty która się ze mną skontaktuje i wyrazi swoją opinię, jaką to nie ma znaczenia. Ten cholerny blog widocznie nie ma żadnej wartości. Nikt nie zamieścił w nim żadnego komentarza nawet wulgarnie ohydnego, To nie jest w porządku ! Po co skreślać człowieka tak bezwzględnie
.


niedziela, 2 października 2011

Proszę o komentarz

Piszę tego bloga i dochodzę do wniosku, że najbardziej martwi mnie to, że nikt nie napisał nawet złamanego komentarza. To chyba z tego, iż ich treść jest zbyt pesymistyczna, negatywna i nie ma w tej treści trochę pozytywów i humoru.
Czas to zmienić bo naprawdę nie jestem smutasem! Przytłacza mnie chyba tak jak wielu 


czwartek, 15 września 2011

Sam i koniec!

Myślę, że w rzeczy samej jestem bardzo samotny. To powoduje złość i frustracje. złe jest to, że w samotności pojawia się za dużo alkoholu. Zdaję sobie sprawę z tego i to jeszcze bardziej mnie przytłacza, że nie mam z kim się napić? Nie ważne czego ale ważne , że ne ma z kim. Chwytam się na rozbieżnościach w swoich poczynaniach. Raz mają pozytywną barwę a za jakiś czas są zgorzkniałe do bólu! Szukam ludzi z którymi można bez zobowiązań pisać no może uściślijmy kobiety, która istnieć będzie tylko w sieci. Taka mała namiastka książki - "Samotność w sieci". Szukam i wiem, że nikt się nie odezwie? Moje pomysły mnie porażają niestabilnością i brakiem w nich konsekwencji. Jak ktoś nie wie co to nostalgicznie nabrzmiała chandra to proszę bardzo jest tu tyle goryczy, że dla każdego wystarczy! Mam wreszcie aparat /fotograficzny/ o którym marzyłem, obiecując sobie wiele zdjęć które będą piękne w treści i wypracowane tematycznie. Okazało się nie potrafiłem w ciągu urlopu zapełnić 8GB karty pamięci z urlopu w Chorwacji.

sobota, 18 czerwca 2011

Czas wakacji



Jestem zły bo na siebie za brak konsekwencji w realizacji swoich postanowień. Teraz jeszcze bardziej bo byłem u kolegi z dawnych czasów wojskowej przygody. Wyniósł się z zatłoczonego śmierdzącego smogiem samochodowym Krakowa do oddalonej o dwadzieścia kilometrów wiochy.
Kiedy go odwiedziłem stwierdziłem ze zdziwieniem, że może być cicho a jako tło muzyczne służy śpiew ptaków, szum liści i jeszcze raz śpiew ptaków!
To jest tragiczne, iż nie wiem o tym jak wokół jest zielono. Ludzie koszą siano i wszystko wokół utożsamia się z tym właśnie zapachem!
Odczucie jest takie, że powrót do miasta naprawdę napawa mnie obrzydzeniem!
Koncerty karetek prześcigających się w różnorodności sygnałów potęgowanych przez wielkie płaszczyzny betonowych bloków - ohydne!
Najbardziej znienawidzonymi dźwiękami, jest jednak monotonne tłuczenie skrzyń samochodów ciężarowych o zapadnięte studzienki ściekowe, a przy dobrej letniej pogodzie wycie wysokoobrotowych silników "ścigaczy".
Ten hałas nie odstępuje mnie nawet w nocy, gdy konieczne jest spanie przy otwartym oknie.
Zderzenie się z tymi dwoma światami wyrywa w mojej psychice wielką wyrwę.
Nie mogę pozwalać sobie na takie ekscesy, bo nabawię się jeszcze depresji paranoidalnej?
Już mi się zaczynają bardzo nie podobać upstrzone fekaliami czworonogów blokowe trawniki!?
No bo jak się tam położyć na plecach z głową w trawie?
Zamiast pięknych zapachów trawy, mamy zapach psiego kału, spalin, a zamiast śpiewu ptaków odgłosy pracujących silników no i może czasem odgłos synogarlicy i wrzaskliwy skrzek wszędobylskich srok.
Wniosek jest tylko - jeden jasny jak słońce! Siedzieć z tyłkiem na miejscu, aby nie mieć potem takich duchowych rozterek!

piątek, 8 kwietnia 2011

Monolity


Kolejny telefon do Ewy !
Głupie, ale jej głos to erotyczny wybuch w moich skojarzeniach !? To chyba nie spełniona miłość!?
Tak, kiedy ujrzałem Ją w Morągu na tych spakowanych kartonach, rozdartą i pełną żalu za stracone dni i przyjaciół i za wszystko co człowiek tak bardzo cenił w pełni się z nią utożsamiałem!
Spotkanie jednak z tymi przecudnie ciemnymi piwnymi oczami, mimo zaawansowanej ciąży na zawsze wywarło na mnie piętno!
Kochałem tą kobietę od pierwszej chwili kiedy ją ujrzałem!!!!!!!!!!!
Śmieszne, że przez długi czas nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo ta piękna kobieta mnie akceptuje!?.
Na wszelkiego rodzaju spotkaniach ,imprezach zawsze wobec menów był cięty język i krytyka z dozą złośliwości.
No dobra Ewa, to mój ideał urody kobiety!
Przypominała mi Demi Moore !

sobota, 19 lutego 2011

rozważania


Mam taki sarkastyczny nastrój! Czytam inne blogi i są takie różowe dopieszczone, a moje wpisy to jedno zgniłe bagno.
Wróciłem z Białki Tatrzańskiej i poznałem Monikę z jej piękną Tosią!
Super babka i nawet nie spodziewała się , że w moim typie! Kocham szczupłe kobiety o małych piersiach!
A charyzma i racjonalność życiowa, to młyn na erotyczną konwersację!
Szkoda ,że Ewa moje "guru",nie dostrzega walorów, swego ciała w naszej empirycznej spotkaniowości!
Szkoda, że Ewa nie wie, o tym erotycznym pobudzaniu swoim potem. Jego oddziaływanie na "men" , to swoista poezja.
Jedno spojrzenie ciemnych piwnych oczu, jedna sarkastyczna uwaga, to ekspresja i chęć pożądania!
Monika to guru i pytanie o jej stosunek, na temat seksu,jest chyba statecznym tabu!
Napisałem moje wspomnienia z utraty męskiego dziewictwa w Mikorzynie,ale Ewa potraktowała to nie jako komedię lub farsodramę!?
To dziwne bo każdy młody człowiek miał ten swój pierwszy raz i różne jak całe społeczeństwo są odczucia na ten temat?

piątek, 28 stycznia 2011

!?

Kurcze!Zawsze byłem w stosunku do kobiet romantyczny i taki jak by to określić delikatny!
To wina mojego ojca, który odkąd tylko pamiętam wtłaczał mi frazesy typu- "kobieta to puch marny,nie wolno krzywdzić tych istot bo są delikatne, kobiety nie wolno uderzyć bo są zbyt delikatne" , itd.itd.
Kiedy po doświadczeniach z pobytu w Mikorzynie wróciłem w rodzinne pielesze, wydawało mi się, że pod względem erotycznym jestem już guru i tylko pozostały mi podboje miłosne usankcjonowane stosunkiem. Jakby potwierdzeniem stał się fakt, że w zafajdanej wiosce jaką był, Wągłczew postanowiliśmy założyć zespół muzyczny.
Układ przedziwny bo czasy były ciężkie, a rozwój intelektualny wsi w tym czasie nie był priorytetem!
Próby p0odejścia stanowiły swoiste kuriozum!?
Z jednej strony zachody w gminnym związku PZPR we Wróblewie pod kątem klubu młodzieżowego w remizie strażackiej w Wągłczewie, a z drugiej strony rozmowy z proboszczem parafii i chęcią koncertów w kościele, które o dziwo wyszły i słowa "Czarnej Madonny" zabrzmiały w kościele Parafii Wągłczewskiej!
Jak na taką konserwę społeczną, jak Wągłczew to i tak był to przełom i to tylko dzięki takiemu kapłanowi jak ksiądz R. Tuzin!!!!!
Ten czas to nowe doświadczenia i podboje miłosne w tym słynna osiemnastka!?
Kiedy skończyło się wino, mój daleki kuzyn Grzegorz M. - rzucił hasło, że w pobliskim Słomkowie Suchym jest zabawa wiejska.
Motywacja w celu uzyskania nowej przygody i wzbogacenia imprezy spowodowała, że Fiatem 125p udaliśmy się tam potańczyć i złapać nowe kontakty towarzyskie.
No tak tam faktycznie typowa impreza tych czasów - chłopcy z miejscowych okolicznych wsi dodawali sobie animuszy spożywając wino marki wino a na sali grupa dziewcząt tańcyła ze sobą w takt chałturniczej muzyki lokalnego zespołu

czwartek, 20 stycznia 2011

trzytematyczny blog

Tak sobie myślę, że następne publikacje będę zamieszczał równolegle - pierwsza nitka to moje wspomnienia z dzieciństwa, a druga to kobiety w moim życiu, jeszcze jeden temat to aktualne sprawy i komentarze.
Pierwsza część dzieciństwa pisane dla syna Adriana:


Wstęp

Wydawać by się mogło, że dwadzieścia lat a może troszkę więcej to w naszym życiu nie jest porażającą liczbą.
A jednak jest całkiem inaczej!?
Doznałem tego kiedy pełen napięcia jechałem do miejsc drogich mi z czasów dzieciństwa, po wielu latach związanych z moim wojskowym życiem, gdzie służyłem i mieszkałem w różnych regionach naszego kraju.
Tak stanowi proza życia i losy, które to życie nam przypisuje.
Zawsze nawet teraz uważam się rodzonego poznaniaka a wszystko co związane z wielkopolską, gdzieś w głębi serca promieniuje bliżej nie określonym ciepłem.
Kiedy rodzice podjęli decyzję o przeprowadzeniu się w rejon centralnej Polski bardzo tęskniłem za swoimi rodzinnymi stronami.
Tęskniłem tak bardzo, że kiedy będąc na szkole oficerskiej dostałem urlop i udało się pojechać do rodziny mieszkającej w Poznaniu, czekałem na odpowiednią porę.
Były to godziny popołudniowe, kiedy ludzie kończyli w robotniczej dzielnicy Poznania Starołęce pierwszą zmianę.
Tam na pętli tramwajowej wsiadałem do linii nr 13 i z uwagą słuchałem dyskusji w zatłoczonym tramwaju.
Zawsze dyskusje tych ludzi prowadzone były tą specyficzną poznańską gwarą. Drugim takim miejscem był zapełniony bar piwny przy pętli. Potrafiłem godzinę przysłuchiwać się rozmową, a uszy wyłapywały charakterystyczne akcenty gwary.
Później przez wiele lat nie miałem już takiej możliwości. Jednak pracując przez wiele lat z kolejnymi zastępami żołnierzy służby zasadniczej, zawsze wiedziałem, który z nich pochodzi z moich rodzinnych stron nie zaglądając wcale w akta.
Kiedy jechałem do Głuszyny w strugach deszczu, ponura aura nasuwała mi obrazy z dni dzieciństwa. Różne jego fragmenty nigdy nie zatarły mi się w pamięci. Może dlatego, że było bogate w wiele wydarzeń, które w swojej treści tak mocno pobudzały moją wyobraźnię.
Błędem było to, że skierowałem się w pierwszej kolejności pod okna mieszkania w bloku w którym mieszkałem ponad dziesięć lat.
Kiedy wycieraczki starły ostatnie strugi deszczu i wyjrzało słońce moim oczom ukazał się bardzo dziwny obraz.
Nigdy nie myślałem, że zakodowane w moim umyśle obrazy zostaną tak brutalnie zweryfikowane.
Ujrzałem parę niepozornych trzy piętrowych bloków mieszkalnych. Wydawać by się mogło, że przez te lata zrobiły się o wiele mniejsze. Pomalowane prawie takim samym kolorem elewacji sprawiały szary tak dziwnie przytłaczający widok.
To był dla mnie prawdziwy szok i w żądnym stopniu nie mogłem zrozumieć jak to jest możliwe. Co gorsze budynek sklepu oraz znajdujące się tam kiedyś punkty usługowe sprawiały, że moje odczucia były bardzo podobne do tych koło bloku.
Tak było właściwie z każdym jednym miejscem do, którego dotarłem w swojej wędrówce.
Skołowany, jakby zawstydzony tym co ujrzałem nie mogłem zrozumieć, gdzie jest ten mój świat, któremu tak hołdowałem w zasobach mojej pamięci.
Z nutą goryczy patrzyłem na zasłoniętą wybudowanymi po drugiej stronie drogi blokami panoramy głuszyńskich pól.
Siedząc nad brzegiem małej rzeczki Głuszynki zastanawiałem się gdzie jest ta urokliwa rzeczka wijąca się przez kolejne połacie łąk.
Teraz nie uprawiane pola spowodowały jej zarośnięcie wszędobylskim łopianem i krzakami.
Było mi żal, że bezpowrotnie straciłem cały mistycyzm tego przepięknego miejsca, które jeszcze teraz z całej duszy kochałem.
i wtedy postanowiłem że nie mogę tego tak zostawić a, gdzieś wewnętrznie odczuwam potrzebę, aby opisać to z perspektywy mojego dzieciństwa.
Myślę, że forma ukierunkowana jest w podtekście autobiografią, dla mojego kochanego synka oraz wspaniałych ludzi jakimi są mieszkańcy Głuszyny i Krzesin.
Jeżeli ktoś z mojego pokolenia, odnajdzie choćby najmniejszy ślad swoich wspomnień to będzie to dla mnie wspaniałe i podniosłe.
Jest to jednak już odległe bo dotyczy przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Głuszyna


Żyjesz synku w dużym mieście w pobliżu głównej trasy nr 1 do Gdańska w grodzie Kopernika Toruniu.
Życie w miejskim blokowisku powoduje że pozostaniesz bez możliwości przeżywania tego, co mi było dane.
Ile tracisz?
Bardzo wiele!
Wartości, które stanowiły mój sens życia, dawały młodemu człowiekowi możliwość całkowicie innego stanowienia o sobie i nabycia swoistej zaradności życiowej. Pozwalały doznać uczuć, jakich nigdy nie przeżyjesz w swoim przyszłym życiu. Pozwoliły zachować te wspomnienia, jakimi nie będziesz mógł się podzielić ze swoimi rówieśnikami.
Moje dzieciństwo przebiegało całkiem inaczej a wynikało to z samego tylko faktu, że mieszkałem praktycznie w „zielonym garnizonie” – jak to wtedy określano jednostkę w Krzesinach.
Niedaleko było do Poznania, bo około 15 kilometrów, ale dla mnie była to prawdziwa wyprawa autobusem podmiejskim linii 58 i chyba do tej pory się to nie zmieniło.
Nie każdy, a może nieliczni wiedzą o tym, że na obrzeżach dużej aglomeracji miejskiej, jaką w tych latach był Poznań w malowniczym zakątku położona była taka miejscowość.
W robotniczej dzielnicy Poznania, jaką była Starołęka, gdzie w tamtych czasach zlokalizowany był główny przemysł miasta z takimi zakładami jak „Stomil”, „Lechia”, „Cegielski” czy „Zakłady Maszyn Rolniczych”.
Na terenach, oddzielonych sporym sosnowym lasem w dolinie niewielkiej rzeki położona była malownicza wioska a raczej była posiadłość dworska Głuszyna.
Dziwne było to, że każdy kojarzył sobie Wielkopolskę w większości jako teren nizinny a tu o dziwo znajdował się rejon oddalony od Poznania niewielką odległością i stanowił prawdziwa enklawę odmienną krajobrazowo od tego stereotypu.
Czyniła to w głównej mierze pradolina małej rzeczki stanowiącej dopływ rzeki Warty nazwanej od miejscowości przez, którą przepływała „Głuszynka”.
Teren w dużym stopniu ukształtował się od podłoża przez, który rzeczka przepływała a zbudowany został z wydm dennych naniesionych przez przechodzący tam lodowiec.
Na przestrzeni dziejów rzeczka ukształtowała piękny malowniczy krajobraz. Liczne pagórki pokryte sosnowym lasem powodowały, że szczególnie w okresie letnim z lotu ptaka miało to urzekający widok.
Skąd mogłem to wiedzieć? Otóż miałem możliwość podziwiać ten widok jako bardzo młody człowiek.
Twój dziadek Bolek jako pilot miał możliwości, jakie nie dane były zwykłym śmiertelnikom.
Kiedy zachorowałem na znaną dziecięcą chorobę w latach sześćdziesiątych „koklusz”- lekarz wojskowy, opiekujący się personelem latającym pan dr Czesław Bomba, zalecił, że najlepszym sposobem na pozbawienie tej choroby u mnie i młodszej siostry, będzie przelot samolotem i nagła zmiana ciśnienia, co spowoduje ustanie dokuczliwego kaszlu?
Ocena i diagnoza była bardzo trafna i realizacja tego zamierzenia przyniosła możliwość obserwacji okolicy z lotu ptaka.
Zrobiło to mnie wielkie wrażenie, do tej pory pamiętam widok z samolotu An – 2, którym leciałem nad wymienionym powyżej terenem.
Oczywiście bałem się straszliwie i do tej pory pamiętam, że w majtkach chyba było mokro!!
Szczególnie okolice wioski Daszyna były wypełnione pięknymi widokami.
Wycięte przez rzekę ściany piaskowych skarp napawały każdego mieszanym uczuciem znalezienia się w innym wymiarze realnego czasu.
Nie tylko te pagórki miały swój niepowtarzalny urok. Okolice obfitowały w dużą ilość terenów podmokłych wypełnionych gęstymi terenami leśnymi o podłożu liściastym. Widok pozwalał zaobserwować całą palestrę barw od szarości, brązu, żółci po różnorodne odcienie zieleni. cdn.....

wtorek, 18 stycznia 2011

tak sobie postanowiłem !

Myślę , że wreszcie mam pomysł na mojego bloga!
Będę w nim publikował wspomnienia, obecne przemyślenia i opublikowane na stronach www Głuszyna i www Ruchcice - wspomnienia z mojego dzieciństwa.
To będzie taki- "kogiel mogiel"
Jednocześnie chciałbym prezentować moje wspomnienia z miłosnych uniesień i związanych z nimi perypetii.

to na razie pa

jestem chaotyczny